Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2019

8. Dar - Powrót Skrzydlatego




Ćma wsadziła łapy do kieszeni kurtki zdając sobie sprawę, że znów zaciska je w pięści. Jakby się tego nauczyła. Gdzieś. Na pamięć. Bo to ani jej odruch, ani praw do niego nie miała. Właściwie była świadoma, że praw to ona zasadniczo nie ma żadnych. Co więcej - jakoś sobie przestała jakiekolwiek rościć. To, co dla wielu jest przedmiotem wartym upominania się, walki, dla niej przestało istnieć. Tak się zostaje z wielkim niczym - pomyślała - ale takie wielkie nic pozwala łatwiej wychodzić. A chyba to właśnie było potrzebne, żeby rozluźnić palce i otworzyć dłoń.
Właściwie weszła w jakąś osobliwą fazę trudności z mówieniem. Jakby na wargach stłoczyły się słowa zbyt trudne do wymówienia, zbyt drażliwe, albo po prostu nazbyt osobiste, by dało się je zwokalizować. Nie tylko palce się zacisnęły. Szczęki też.
Skręciła z ruchliwej uliczki, przelazła przez parę skrzyżowań i przejść, które cholera wie dla czego zdały się symboliczne, pokonała wiszący most i weszła do parku. Ostatnim razem, gdy tu była ścięło ją z nóg i musiała odczekać na ławce aż wrócą siły. Nazwała sobie to w myślach “Chwilą Po”. Dziś postanowiła się z nią zmierzyć. Tym razem sama, bez zmartwionych obserwatorów starających się sprawić wrażenie, że wszystko jest w porządku.
Nic nie jest w porządku - westchnęła siadając na tej cholernej ławce. - A reszta to najtrudniejsza z życiowych ról.
Fajnie jest przestać grać cokolwiek. Siedzieć na wilgotnym, pozimowym drewnie, wśród drzew niepewnych jeszcze, czy wypuścić liście, czy raczej wstrzymać się z wiosennym podnieceniem. Fajnie jest czasem być poza obserwacją. Mieć zaciśnięte pięści i nie martwić się, że trzeba chować dłonie. Bać się i nie martwić się, że ktoś to widzi. Posiedzieć tak sobie z milczeniem w sobie, z bezradnością którą się przygarnęło jak poczciwego, bezdomnego psa. Z sobą - taką nie na pokaz. Byle jaką, niepewną i chyba całkiem pogubioną w myśleniu o...
Gdy słońce dotyka skóry policzka. Podchodzą ciekawskie zapachy zbliżającej się pory roku, czujne i narwane, gotowe czmychnąć zaraz po tym jak zostaną dostrzeżone. Wśród buszujących wiewiórek i szperających w ściółce ptaków. Z trawą pod nogami: zeszłoroczną, wciąż ważniejszą od wszystkich innych traw i tą, która próbuje już zaistnieć.
Dokąd się spieszyć?
Cóż mogłoby być bardziej potrzebne?
Siedział na pobliskiej ławce. Rozparty, z rękami zarzuconymi na oparcie. W niemożliwie znoszonych łachach, które pralki pewnie nigdy nie zaznały choć młodość miały za sobą już dziesięciolecia temu. Nie były szyte na wymiar. Ktoś zaprojektował ja na kogoś kto był pewnie o połowę większy. Jakoś to się nie gryzło jednak z całokształtem. Obok leżał brezentowy plecak, na nim połowicznie odpakowana kanapka na którą chciwie zerkał umorusany, brzydki kundelek, który wyglądał mniej więcej jak zużyty dawno temu mop.
Taki wczasowicz świata. Turysta życia. Obojętny na wszystko wokół. Wygrzewający się w pierwszym wiosennym ciepełku. Słońce malowało rysy łagodne i piękne. Na jego wargach błąkał się ni to półuśmiech, ni to lekka drwina, ale zatopiony w sobie mógłby kpić jedynie z siebie. Sterczące w nieładzie kudły muskał wiatr wpisując w tę sylwetkę przyciągające uwagę zadowolenie. Pies, gdy już zdołał zmusić się, by oderwać wzrok od kanapki, łypał na Ćmę podejrzliwie ignorując jednocześnie i ptaki, i wiewiórki.
“Scenka rodzajowa: Szczęśliwy kloszard i pies pilnujący.” - ostatnio miała manię nazwania tego, co widzi. Może w ten sposób łatwiej jest utrzymać w ryzach myśli, a może pozwala po prostu zrozumieć lepiej wszystko, czym mówi do nas świat. Niemniej w tym nazwaniu - jego i psa - zagnieździła się serdeczna sympatia. Bo było w nich coś... Co zachwycało.
Chyba zrobiło mu się niewygodnie, bo nagle zmienił pozycję, wyprostował się głaszcząc w międzyczasie kark psa. Zerknął. Ćma uciekła wzrokiem gdzieś w bok.
- Możesz sobie patrzeć - powiedział uprzejmie. - Nie ma nic złego w widzeniu.
Po czym wyciągnął znów się wygodnie, wyprostował nogi i zamknął oczy pogodzony najwyraźniej w pełni, że jest przedmiotem jakiegoś osobliwego studium przeprowadzanego przez Ćmę.
“Widzeniu” - tak właśnie powiedział. Nie “patrzeniu”, “podglądaniu”, czy “obserwacji”. “Nie ma nic złego w widzeniu.” Obejrzała z uwagą swoje dłonie. Potem trawę pod nogami. Potem zmusiła się, by poczuć mocno drewno na którym usadowiła swój tyłek. Ale wszystko po co tu przyszła, przestało mówić. Milczało. Był tylko on - doskonalszy niż to, co wokół. Bardziej realny, bardziej pełny.
- Bo tak jest, Ćma - mruknął nie otwierając oczu.
Poderwała głowę. Przecież!... Jak mogła patrzeć na niego i nie widzieć?!
- Dar! Dlaczego?... - zawahała się szukając słowa - Taka forma?...
- Ćma! - sparodiował ją nie otwierając oczu. - A twoja dlaczego taka?
- Jaka?
Odsunął plecak i klepnął w ławkę obok siebie zapraszając by się przysiadła.
- Formy są do bani - mruknął. - Każda jest tak samo dobra jak inna... - westchnął. - Chodź, tu jest więcej słońca.
Usiadła obok. Rzeczywiście. Było cieplej. Jaśniej. Wtuliła plecy w nagrzane oparcie. Wyciągnęła przed siebie nogi. I zamknęła oczy. Trochę wbrew sobie, bo zawsze obawiała się, że jeśli je zamknie a potem otworzy, czar pryśnie.
- “Scenka rodzajowa: Szczęśliwy kloszard, pies pilnujący i Ćma” - roześmiał się.
Nie otworzyła oczu.
- Nie wiem czy Ćma jest szczęśliwsza...
- Ale nie żałuje - mruknął rozleniwiony.
- Niczego - odmruknęła.
- I to jest właśnie prawdziwa forma istnienia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz