Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2019

11. Dar - Powrót Skrzydlatego

Chmury kłębiły się nad głową. Z lewej szum wody. Wzburzonej. Motorówką, która już umilkła. Na szczęście. Z prawej szum drzew. Zapach wody, ziemi, powietrza. Ognia nie. Chłód lata. Takiego lata. Jakie. Powinno. Być.
Może nie do końca. Ale.
Ćma leżała na kamieniu odbierając wszystko równocześnie. Tak dużo, że zabrakło miejsca na te myśli. Te. Wszystko stało się w niej ciszą. I zmysłami czytającymi, węszącymi, zatopionymi w muzyce. Takiej, którą chętnie się nazywa ciszą. Trochę jak czekanie. Na psa, który znalazł coś niebywale interesującego. Na kogoś, kto z nią być dziś nie może, ale niebawem się pojawi. I kogoś, kto nie pojawi się już nigdy. Na zdarzenia. Na rytm tego, co niesie przyszłość. Trochę się bała tego ostatniego. Bo o świcie przejrzała zestaw wiadomości. O ludziach. Dzieciach. Marszach. Głosowaniach. Pożarach. Skrzywdzonych. I miała wrażenie, że rzeczywistość przypomina bestię. Na razie po prostu przyczajoną, czekającą na odpowiedni moment do skoku. Ledwo powarkującą. I bezradnie akceptowaną. Patrzącą. Głodną.
Dlatego tu przyszła. Po ciszę. Po świat, który może niczego nie obiecuje, ale przy okazji nie grozi. Działało. Bestia odwróciła łeb.
- Wiesz co? Pamiętam twój wiersz nie - wiersz...
Nie odwróciła oczu. Czasem nie widzieć pozwala mocniej wierzyć. Jak tak odwrócić głowę i jednak nie zobaczyć anioła, to robi się jeszcze straszniej. Bała się dzisiaj "straszniej" więc pilnowała się, by nie przeżyć rozczarowania.
- Żaden z moich wierszy nie był czymś na tyle mało kalekim, żeby zasługiwać na słowo poezja - powiedziała spokojnie.
Tak było. Po prostu rozbijała na wersy jakieś wrażenia. Utrwalała emocje, albo nastroje. Nie bawiła się w obróbkę warsztatową. Miała to gdzieś. Nie służyły publikacjom i sławie. Były pamiątką. Jak słowa malowane na kamieniach.


To miejsce
Potrzebuje krwi
Rozsmakowało się
W przetrąconych karkach
Wędruje
Niczym wściekły pies
W oczy zagląda
Takim jak ja
Takim jak ty
Takim jak my

Mordę kładzie
W losy niepotrzebne
Powącha
Beknie

A gdy już nażre się
Tym co na marginesie
Śpi

Jak gdyby nigdy nic
Jak ja
Jak ty
Jak my

- Ten... - westchnęła ciężko i otworzyła oczy. - Chciałam uciec, od tych myśli... Czuję się tak... Bezradna. Tak wiele z tego, co dla mnie święte zdaje się zagrożone.
   Usiadła obejmując ramionami nogi i kładąc głowę na kolanach. I nie dała rady.  Popatrzyła. \Uwielbiała jego obecność. Dar wyglądał dziś zabawnie. Zwłaszcza jak na anioła. Miał na głowie za duży i znoszony kapelusz Włóczykija spod którego wyzierały spokojne anielskie oczy. Włóczykij losu. O! To! Dobre. 
   Już sama jego obecność wypełniła jakąś pustkę, której lepiej nie nadawać imienia. Nadto, chyba obecność Anioła sprawia, że Bestie tracą zasięg. Dosłownie. Jakby nagle znikały. A to była ulga. Nawet na chwilę.  
- Za co się oskarżasz?- zapytał. 
- Za każde niewypowiedziane słowo... - mruknęła.
- Czy ty aby nie chciałaś się nauczyć milczeć? - zadrwił. - Co światu z twoich słów, Ćmo? 
- Nie wiem... 
Fale uspokoiły się, ale jezioro rzadko jest wodą stojącą. Kłębiło się w nim życie. Nurty. Jakieś sprawy o których mogli wiedzieć jedynie ci, którzy nimi żyją. 
- Rzadko radzę wprost... 
- To prawda. 
- A jednak mógłbym teraz. 
- I nie zrobisz tego oczywiście... - westchnęła. 
Nie miała ochoty nawet o to się spierać. Ani prosić. 
- Oczywiście - zgodził się. - Chociaż mnie kusi...
   Kusi! Anioła! Wstał. Teraz trochę bardziej przypominał siebie. Może dlatego, że mniej ważny zrobił się kapelusz Włóczykija. Stanął nad brzegiem. Pozwolił falom dopaść własnych stóp. Smakował ten moment w skupieniu kogoś, kto nie może zaznać jego fizycznej przyjemności. Był przecież bytem pozbawionym ciała. I choć ten element w nim był zgodny z powszechnymi wyobrażeniami na temat takich jak on. 
- Jeszcze jedno... Też twoje. Miałaś chyba siedemnaście lat... 
- No, dawaj, dawaj... - zachęciła bez emocji. 




Nie można
Zatrzymać
Strumienia czasu
Jago szept
Szroni skronie
Mówi cicho
Dokładnie
Podpowiada
Dokąd iść
I drwi
Tej drogi
Nie można
Pomylić
Idź...


- I może w tym jest pułapka?
- Jaka? - zapytał wciąż rozkoszując się falami uderzającymi w stopy.
- Że wszystko można przeczekać...
- Można. Wszystko. Tylko po co? - popatrzył na nią z uśmiechem. - Lepiej się zastanowić, co robi pies...
- Hm?!
    Odwróciła gwałtownie głowę. Bo istotnie - na czas tego spotkania zapomniała o istnieniu czterołapego przyjaciela. No tak! Korzystał z tej nieuwagi na całego tarzając się z rozkoszą w jakimś świństwie. Zawołała go. Z paniką. Bo wyobraziła sobie ów zapach, który będzie jej towarzyszył aż do chwili, gdy dopadnie szamponu, wody. Zwierzak z ociąganiem porzucił swoje spa. No cóż, wyobraźnia już nie była potrzebna. Niepewne merdanie ogona sygnalizowało, że psisko liczy na polubowne załatwienie sprawy.
- Gamoniu... - westchnęła uśmiechając się.
Nie potrafiła się na niego złościć. Zresztą za co? Za to, że ma odmienne upodobania w zakresie zapachów do przyjęcia? Choć niemożliwe do zrozumienia, to przecież tylko odmienność.
- No właśnie - powiedział anioł przeciągając się z rozkoszą.
Ziewnął. Po swojemu. Bez jakiejś zabawy w dyskretne zasłanianie ust. Starał się nie robić niczego, co nie ma głębszego znaczenia. Już to wiedziała. A on wiedział, że jej coś takiego w niczym nie przeszkadza. Przysiadł znów obok niej.
- Po prostu często to sobie powtarzaj. Najlepiej od rana. Gdy po raz pierwszy zaglądasz sobie w oczy. I na głos. Niech czasem ktoś cię usłyszy.
- "Gamoniu"? - zażartowała zakładając, że znów dobrał się do jej myśli i o nich mówi.
Skinął twierdząco głową. Z powagą.
- Było w tym wszystko, co jest potrzebne: miłość, wyrozumiałość i danie prawa do bycia sobą. Świat zostaw mi.
- To nie będzie bierność?
- Nie, jeśli tylko zdołasz patrzeć na innych z tym "gamoniem"... - uśmiechnął się. - Ćma, nie zmienisz wszystkiego, ale wszystko nie powinno zmieniać ciebie. Kochaj. To nie tak mało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz