Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2019

2. Dar - Powrót Skrzydlatego



      Lód skrzypiał pod stopami. Jedni wędrowali powoli, ostrożnie, bacząc by się nie poślizgnąć. Inni nonszalanckim, wesołym krokiem prowokowali: “Dlaczego to się stało?” Wszyscy w zasadzie tak samo narażeni na to pytanie. Tylko psy były bardziej stabilne mogąc korzystać z oparcia czterech łap. A Ćma siedziała sobie gdzieś z boku. Tak samo ogłupiała jak czworonogi i ludzie. Gapiła się na skrzące drobiny, słuchała śmiechu, chrzęstu kroków. Zimna. Bo chłód też mówi. Naprawdę. Własnym, trochę skrzekliwym językiem. I muzyką. Przepłaszanych ptaków, rytmem kroków, szmerem oddechów. Mowa ta przypomina szum rzek i lasów ujętych w rytm serc stworzeń dużych i małych. Tak samo zabłąkany i różny jak życie i sprawy, które okazują się ważne.
Takie słuchanie świata jest trochę poza logiką, nawet poza sercem. Jest niczym istotnym i wszystkim najważniejszym zarazem. W nim się jest bardziej niż w działaniu, rozmowach i śpiewie. Niż w wielkich opowieściach. Wyrażaniu uczuć. Choć tylko się jest i nic więcej. W takim słuchaniu czasem przychodzą do ludzi i zwierząt anioły. Gdzieś z tyłu głowy, albo przy skroni czuje się ich obecność. Niemożliwą do wyobrażenia, do uchwycenia w słowa.
Dar właśnie tak przychodził. Z tą swoją mądrością, pozornym niedbalstwem, bezkresem. Robił to od lat. Nigdy jak sługa: na wezwanie. Zawsze po swojemu, na mocy własnych, anielskich decyzji i pieron wie jeszcze czego, bo tego nigdy nie rozwikłała. Równie dobrze coś w znanej mu nieskończoności, w tym Wszystko i Wszędzie mogło go naprowadzać na takich jak ona w bardzo racjonalny, rzeczowy sposób jak i czynić to mogły zwykłe przypadki.
Teraz po prostu przyszedł skutą lodem taflą jeziora. Po drodze pogładził łeb dużego, starego psa. Zwierzę miało wszelkie zadatki by stanąć do walki z człowiekiem i bez większego trudu wygrać. Natura wyposażyła je w atrybuty dające niezłomną pewność co do wyniku takiego pojedynku. I nigdy tego nie zrobiło. W tym dużym łbie uzbrojonym w potężne kły, ciele przewyższającym wagą niejednego z nas mieszkało więcej łagodności i zrozumienia niż w większości tych, których przyszło jej poznać.
Dar opuścił dłoń, zajrzał psu w oczy, coś do niego powiedział. Może składał jedną z tych obietnic, które wieczni mogą ofiarować śmiertelnym, może gasił po prostu jakimś abstrakcyjnym zaklęciem ból stawów, które pracowały już na tyle długo, by zacząć dopominać się odpoczynku. Pies wahnął ociężale ogonem. Cokolwiek uczynił anioł, było przyjemne.
Czekała niepewna wcale czy zechce podejść bliżej. Zawsze brakowało tej pewności. Nawet w takich chwilach, gdy był o parę kroków, na wyciągnięcie ręki, tak blisko, że można by sobie wmawiać, że nie ma możliwości by pominął ją w wachlarzu istot, którym zamierza poświęcić uwagę. Zresztą, czasem wcale nie to było najważniejsze, by zawracać mu głowę sobą. Lubiła na niego patrzeć. Tak po prostu. Z oddali. Jak działał, śmiał się, okazywał innym swe istnienie. Sama jego obecność robiła to, co powinno się dziać w sercu i umyśle człowieka, który widzi anioła.
A jednak, gdy usiadł obok na powalonym pniu drzewa, w milczeniu popatrzył na to, co od jakiegoś czasu obserwowała, poczuła radość. Miała ochotę poprosić go żeby złapał ją za rękę i w ten sposób dał dowód, namacalny, że jest. Że istnieje naprawdę. Że może nie różnić się tak do bólu od całego świata. Ale milczała. Dar jest trochę jak dzika istota, którą łatwo spłoszyć. Nie tyle nauczył, co wytresował ją w tym, że on musi po swojemu, zgodnie ze swoimi kaprysami lub po prostu dyrektywami, których ona poznać nie mogła. Nic na siłę. Nie wedle ludzkich, żałosnych czasem zachcianek. Trzeba cicho, trzeba słuchając świata, patrząc na świat. Będąc światem. Wtedy otrzymuje się więcej. W chwili, gdy już nie oczekuje się niczego.
- Nie martw się tyle - mruknął chwytając jej dłoń.
Jego ręka była chłodna. Miała długie palce. Smukłe. I silne. Było w tym uścisku coś takiego, że nie chciało jej się dyskutować, tłumaczyć, że nie o żadne martwienie się chodzi. Że może on wcale nie umie uchwycić i zrozumieć wszystkich ludzkich odczuć, choćby dlatego, że jest aniołem nie człowiekiem. A może świetnie je rozumie i tylko nie ma na nie nazw? Wypuściła powoli powietrze z płuc. Para zakłębiła się przed jej twarzą. Wyglądało to pięknie, choć trudno wyjaśnić jak coś tak prozaicznego może przywołać wrażenie piękna. Bardziej poczuła, niż zobaczyła ten spokojny, pozbawiony drwiny uśmiech. Rozumiał piękno jak nikt. Jak ona nie zdoła nigdy. Wiedziała o tym.
Nagle stała się po prostu naczyniem. Wypełnionym wdzięcznością. Za ten oddech, parę, psa, skrzenie się, muzykę końca zimy. Za spełnioną, prymitywnie ludzką i egoistyczną zachciankę, by anioł złapał dłoń. Za temperaturę. Świata i uczuć. Za niego. Takie naczynia już nie mówią. Nie mają po co. Wystarcza samo czucie. Doświadczenie. Milczała więc zdając sobie sprawę, że zwykłe: “Dziękuję” nie zdoła wyrazić nawet drobnej części tego, co zaistniało w niej.
- Nie strać tego, Ćma - powiedział łagodnie.
Kiedy otworzyła oczy, już go nie było. Na kolanach miała ciężki łeb starego psa. Machał ogonem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz