Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2019

6. Powrót Skrzydlatego



- Wszystko w tobie płacze - zauważył.
Za to ona zauważyła go dopiero teraz. Gdy już się odezwał. Szedł miękkim krokiem, jak ktoś kto nie ma pojęcia o prawach ciążenia. Spokojny, nie przejęty tym wszystkim, co płacze. Uśmiechnęła się lekko. Właśnie takiego go lubiła. Taki odwrócony plecami do jej nastroju potrafił wnieść w życie więcej, niż ktokolwiek inny. Zmieniał perspektywę patrzenia.
- I co my z tym zrobimy? - mruknął.
Nie było pewne, czy rzeczywiście zamierza w tym robieniu “z tym” jakoś uczestniczyć, czy kpi po prostu. Czy raczej naprawdę się martwi, z tym chłodnym dystansem kogoś, kto i tak wie jak będzie.
Miała ochotę przyspieszyć kroku, odejść jak najprędzej. Zostawić go za sobą. Żeby zejść z oczu i nie musieć z niczego się tłumaczyć. Bo miał sporo racji. Jak zwykle.
- Ej, uważaj - mruknął gdy stanęła na brzegu drogi.
Przynajmniej zachował się jak stróż. Taki prawdziwy, co ostrzega przed zagrożeniem. Nie był stróżem. W ogóle nie wiadomo czym był. To znaczy wiadomo, że aniołem. Ale co właściwie mieści się w tym terminie? Wzruszyła ramionami odpowiadając własnym myślom. I weszła na drogę. Nic się tym razem nie stało. Żadnego samochodu, pisku opon, pukającego się w głowę kierowcy, któremu można by tylko powiedzieć: “Przepraszam.”, bo też miał rację.
Jeszcze parę metrów. Popatrzyła na cel swojej wędrówki. Dar nie lubił miejsca do którego zmierzała.
- Poczekaj - mruknął zrównując się z nią. - Płacz nie jest taki zły...
Zatrzymała się gwałtownie. Jeszcze na drodze.
- Co ty mówisz, Dar?... Co ty mówisz?... Ty?
- Nie stój tu, do cholery! - warknął. - Tak. Ja. Chodź...
Zeszła z drogi. Co właściwie się dzieje? Wieje wiatr. Ciepły. Trochę niepewnego słońca. Pachnie wiosną, na którą wszystko w niej się buntowało jeszcze parę dni wcześniej, a teraz po prostu to przyjmowała. Może nie z euforią, ale jednak.
- Dar, to nie moja wina... - zaczęła. - Staram się... Reszta to mózg. Robi co chce. Nie panuję nad nim. Ale to on płacze.
- Nie powiedziałem, że ty płaczesz - zauważył. - Mówiłem, że wszystko w tobie.
Była w tym stwierdzeniu nuta zniecierpliwienia. Też miał rację. Rozumiała język i znaczenia słów. Po prostu taka się urodziła. Umiała z nich czytać, doświadczać, czuć. Ale ostatnio cokolwiek mówił, umykało jej sedno. Miała do siebie o to pretensje. Ale problem polegał i na tym, że w ogóle miała ostatnio do siebie wyłącznie pretensje. I on to jakoś wiedział.
- Masz jeszcze czas - powiedział. - Chodź.
Czas jest czymś cholernie względnym. Zwłaszcza jak tego słowa używa anioł. Ale nagle zrobiło jej się to obojętne. Skręciła w wąską, starą uliczkę. Może jedną z najstarszych w tym mieście. W każdym razie pamiętała czasy pierwszej wojny światowej. I dalsze. Po prostu te z pierwszej wojny były wciąż na zdjęciach. Stało tu kilku ludzi, zdaje się Żydów. Kawałek dalej był widok na zburzony kościół. Pewnie chwilę po tym, jak ówczesny burmistrz ignorując zupełnie fakt, że właśnie szlag trafił jego mieszkanie, poszedł spokojnie dalej załatwiać sprawy. Dar przysłuchiwał się tym wspomnieniom z uwagą. Wyczuła jego napięcie, tak charakterystyczne, gdy wreszcie decydował się zatrzymać się nad tym ludzkim tokiem myślenia.
- Posłuchaj - zaczął nagle.
Ostrożnie. Szeptem. Jakby obawiał się spłoszyć coś trudnego do uchwycenia. Zatrzymała się i przymknęła na moment oczy. Jak zawsze, gdy chciała wchłonąć w siebie moment. Nastrój. Wszystkie jego detale. Nie umiałaby zareagować inaczej na taki polecenie Dara. Po prostu nauczył ją, że warto. Stukot pospiesznych kroków. Szum tego, co przemierza niedaleką jezdnię. Świergot przedwcześnie oznajmujący wiosnę. Wróble! Poczuła, że serce przyspiesza. Bo ilekroć myśli kojarzyły go z wróblami, działo się coś dobrego. Ale teraz nie chodziło chyba o to, bo Dar nijak nie zareagował na wrzawę ptaków.
- Słuchaj - powiedział cicho.
W oddali ktoś prowadził ożywiony, mocno plotkarski dialog. Wyłapywała pojedyncze słowa. Mało ją obchodziły plotki. Też żadna zasługa, po prostu nie dano jej tego rodzaju uwagi. Natura. Wszystko. Jeszcze jakieś kroki. Jakiś odgłos zamykanych drzwi. Skrzypnięcie. Nagle zrozumiała. Stała obok drzewa. Pachniało wilgocią. I najbardziej niesamowity dźwięk, jaki odnalazła był w ciszy tego drzewa. Powinno takie nie być, wiatr mocny nie był, ale przecież powinna słyszeć tarcie gałęzi, jakiś szelest, cokolwiek! Samotne, milczące drzewo miejskie. Ani stare, ani niezwykłe. Popatrzyła.
- Wszystko w nim płacze - stwierdził anioł. - One to robią tak: w milczeniu.
- Dlaczego płacze? - zdziwiła się.
- To nie ma znaczenia, Ćma.
- A co ma znaczenie?
- Że ktoś to słyszy. I, Że drzewo nie staje się od płaczu gorsze, bardziej podłe. Mniejsze.
- Nie rozumiem...
- Co poczułaś, gdy powiedziałem ci, że tak jest?
- Popatrzyłam...
- Co czułaś? - upomniał ją.
- Poczułam, że... Pomyślałam...
- No?
- Że nie miałam pojęcia, że drzewa też mogą... Że jest jak człowiek...
- Ale, co poczułaś? - nacisnął przypatrując się jej. - Pogardę? Rozdrażnienie? Irytację tym faktem? Litość?
- Współczucie... - szepnęła. - Trochę większe niż zazwyczaj w stosunku do roślin.
- Rośliny rzadko doczekują się współczucia - mruknął. - Zresztą niesłusznie. Może dla mnie jesteś teraz tym, czym dla ciebie stało się to drzewo. Duża różnica gatunkowa - wyszczerzył zęby w uśmiechu. - I mimo to współczucie.
- Dlaczego mi to pokazujesz? - przełknęła nerwowo ślinę. - Po co?
- Bo zamierzałaś się tłumaczyć z płaczu. Bo ciągle wierzysz, że zasługuje on na niechęć. W najlepszym razie na niechęć...
Stała nieruchomo słuchając ciszy drzewa. Pogładziła delikatnie pień.
- Wszystko w tobie płacze... I co my z tym zrobimy? - szepnęła do drzewa.
- Najpierw podzielimy ten płacz. Na ciebie, mnie i drzewo. Będzie go łatwiej znieść - uśmiechnął się lekko i położył dłoń na pniu. - Potem, to się jeszcze zobaczy... Masz czas, Ćma. I to też musisz unieść.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz