Właściwie nie wiedziała co z sobą zrobić. Spełniać obowiązki zawsze obecne? Malować? Pisać? Gapić się w monitor, który od dawna przekonuje, że żyjemy w świecie w którym nie dla wszystkich jest miejsce i ładuje bateryjki frustracji? Leżeć? Patrzeć przed siebie i czekać na - nikt już nie wie na co.
Niebieskie światło. Niezwykłe. Rozproszone grubą warstwą plastiku. Pomysł na zagospodarowanie pięciolitrowych kanistrów. Na zagospodarowanie po to, by zaczarować świat w kolory. Pomysł, który już cieszył, ale nigdy nie został ukończony. “Przynajmniej na coś się przydał.” Tak powiedział. Na coś. Ukończona, jedna z czterech, lampka rozświetlała zimne, listopadowe noce. Była zapowiedzią i światłem na przejściu. Tym, które już nie pokazuje kolejności. Bo kolejności przestały istnieć.
- Zamiast myśleć, posiedź chwilę ze mną. I napisz mi coś, Ćma.
- Co?
- Nie wiem. Coś.
Anioł, jak zwykle, pojawił się niespodziewanie. Bez fanfar, oznak, spadających ze ścian przedmiotów i tajemniczego skrzypienia. Zupełnie tak, jakby w ogóle się nie pojawiał, tylko po prostu tu był. Zawsze. I cicho. Tak bardzo cicho, że można go nie zauważać.
Skuliła ramiona. Powinna się po prostu ucieszyć, ale teraz tylko tak. I to wcale nie oznaczało, że się nie cieszy. Nie oznaczało też jednak radości. W tym dniu dzisiejszym było więcej zmęczenia niż czegokolwiek innego. Tak dużo, że przytłoczenie nie chciało ustąpić dla niego miejsca.
Sięgnął po kawę. I papierosa. Patrzyła. Oczy miał jaśniejsze niż dawniej. I jeszcze piękniejsze. Nigdzie się nie spieszył. Wyraźnie.
- Pamiętasz tamto drzewo? - zapytał przyglądając jej się znad krawędzi szklanki, tuż przed pierwszym łykiem.
- Które?
- To, o którym rozmawialiśmy, że wydało za dużo szyszek... - wyjaśnił.
- Pamiętam.
Była tego roku susza. Drzewa iglaste oszalały. Ojciec jej powiedział, że drzewa tak robią. Gdy czują zbliżający się kres popadają w nadmierne szyszkowanie. Żeby zostawić jak najwięcej nasion. Sposób na przetrwanie gatunku?
- Coś więcej - powiedział z przekonaniem.
Sięgnęła po kartkę. Przechylił głowę z nieskrywaną ciekawością. Nie ukrywał, że będzie czytać. Nie ukrywała, że w niczym jej to nie przeszkadza. Nigdy nie mogła pisać, gdy ktoś patrzył jak to robi. On był wyjątkiem.
“Pamiętam tamto drzewo - napisała. - Sadziliśmy je, gdy sami byliśmy jeszcze dziećmi. Teraz było już całkiem spore, choć i tak pozostało drzewnym dzieckiem. Nim zazna starości, nim ktoś bezczelnie uzna, że wyrosło zbyt duże i wyda na nie wyrok. A wtedy minie wszystko, czym wtedy byliśmy. Może będzie to już czas, gdy Ćmy i narwane Anioły przestaną być niemożliwą tajemnicą. Na pewno będzie to czas, gdy Ćmy i narwane Anioły będą wiedzieć. To, co trzeba wiedzieć, by zrzucić szyszki.”
Popatrzył jej w oczy. Z powagą ukrytą za lekkim rozbawieniem. Roześmiała się.
- To mi przypomniałeś?!
Grzędowicz. “Pan Lodowego Ogrodu.” Audiobook. “NIE WIEM! JESTEM DRZEWEM. ZAJMUJĘ SIĘ ZRZUCANIEM LIŚCI PRZED ZIMĄ!” Gdy padły te słowa, rzeczywistość zwinęła się, uciekła. Został tylko śmiech.
Skinął głową.
- Niebieskie światło, Ćma. Śmiech. Nawet w obliczu szyszek - zachichotał. - Teraz napisz mi coś od początku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz