Potem nagle się wycofał. Przykucnął. Zdjął buty. Odsunął je na bok i wyprostował się. Zapachniało tym, czym zwykle pachniało, gdy się pojawiał.
- No cóż... Kwiaty były. Słowa były. Tort. Świeczki. Prezenty - zatrzymał wzrok na namalowanym ręcznie ludowym motywie.
Prawdopodobnie był to taki prezent, który mógłby go naprawdę ucieszyć. Zrobiony. Nie kupiony. Nauczył jej tego, że kiedy chce się ofiarować coś naprawdę szczególnego, należy to zrobić. Pomyśleć nad tym. Uniósł ostrożnie zakładkę do książki. Przeczytał wygrawerowany na niej napis. Uśmiechnął się. Tak, to też było czymś, w czym rzeczywiście był wkład tego, czego oczekiwał po prezentach. Potem otworzył list na którego przeczytanie musiała czekać do dnia swoich urodzin. Zielone ślepia z rudą gwiazdą wokół źrenic przemknęły po tekście. Drgnął docierając do fragmentu, który powinien go poruszyć. Ostrożnie odłożył kartkę na miejsce. Potem pogładził palcem białą porcelanową sówkę. I przemknął palcami po kwiatach. Jakby sprawdzał, co w nich jest ponad urodę i zapach.
- I sen... - powiedziała cicho. - Zwiastujący szczęście.
Skinął w milczeniu głową i usiadł na krześle przykrytym białym kocem. Założył nogę na nogę, podrapał się po brodzie. W zamyśleniu. Zasmuciło go to? Patrzyła z lękiem. Ostatnim, czego mogłaby pragnąć, to jego smutek.
- Drinka?
Potrząsnął przecząco głową.
- Dzisiaj ty myślisz, a ja się bawię?
Przeniósł na nią wzrok, jak ktoś, kto nie może sobie przypomnieć o czym była rozmowa. Uśmiechnął się, ale bardziej z grzeczności.
- Bardzo chciałem...
Mieli ten wieczór spędzić razem. Wyjść nim z cholernego Labiryntu Fauna. Mieli. No i poszło jak zawsze.
- Wiem, Dar - serce Ćmy zatłukło się mocniej.
Nie chciała, żeby się tym gryzł. Sama nie chciała na to pomstować. Był na ile mógł. Na ile jej głupi łeb pozwalał. Na ile coś tam, coś tam i jeszcze coś tam pozwalało.
Mięśnie wokół jego szczęk zarysowały się mocniej.
- Tamtego dnia - powiedział ostrożnie - mówiłem ci żebyś się nie bała.
Spuściła łeb. Nadal nie umiała wyjaśnić, że nie chodziło o strach.
- A o co, Ćma? - zapytał zirytowany nawet nie próbując udawać dyskrecji w tym, że śledzi jej myśli. - O co, jeśli nie o strach?
- O nieobecność... - szepnęła głucho. - O nią.
- To właśnie miałem wtedy na myśli - mruknął. - Nie myśl tyle - upomniał ją. - Przez to przestajesz słyszeć co się do ciebie mówi - uściślił.
Ćma poczuła wstyd. Miał rację. Myśli kotłowały się w niej, dreptały, wierciły. Ciągle na coś czekały. Ciągle za czymś goniły. W nocy i za dnia. Najczęściej było ich tyle, że niemożliwym było usłyszenie czegokolwiek innego. Tylko one. W galopadzie, chrzęście, tratowaniu innych dźwięków i znaczeń. Mnożyły się na potęgę, przelewały, umykały, ale tylko po to, by uczynić miejsce kolejnym.
- Jak, Dar? Jak to zatrzymać?
- Nie wiem - przyznał otwarcie. - To bardzo trudne. Ale musisz tego dokonać. Czasem ci się już udaje... Czasem. Czego ty właściwie chcesz?
Zagryzła wargi. Nagle poczuła się zmęczona. Nie życiem. Samą sobą. Tak czasem bywa. Przymknęła oczy. Myśli wirowały w szalonym tańcu. Obowiązki. Zadania. Godziny. Lista. Brak czasu już na wszystko. Gotowanie. Czekanie. Papieros. Kawa na szybko. Praca. Czego właściwie pragnęła? Chwili ciszy, dobrej kawy, pisania. To definicja ulgi. Pragnęła ulgi. Otworzyła oczy.
Nie zniknął. Nie odszedł. Czekał na coś. Przyglądając jej się czujnie, z taką jakąś szczerą troską. Z głową lekko przechyloną na bok. Ze zmierzwionymi włosami. Z palcami prawej ręki bębniącymi po udzie. Raczej nieświadomie.
- Teraz?
- Ogólnie. Zawsze. Teraz tylko ulgi - stwierdził trochę bezczelnie.
- Nie być... niepotrzebną?
Skinął głową. Na znak potwierdzenia.
- To przychodzi wraz z ciepłem rąk - powiedział nagle.
Z powagą. Enigmatycznie. A jednak rozumiała o co chodzi. Jej ręce rozgrzewały się w chwili, gdy bardzo pragnęła kogoś lub coś chronić. Tak jakoś miała. Zabawnie. Bo poza tym najczęściej były lodowate. Uśmiechnęła się. Mówiła mu o tym. Wiedział.
- Idź spać, Ćma. I powiedz Frytce, żeby się nie zmieniała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz