Obserwatorzy

wtorek, 23 lipca 2019

7. Dar - Powrót Skrzydlatego



Dar zatrzymał się na moment na schodach. Do pokonania zostały jeszcze trzy stopnie. Znieruchomiał i zamyślił się, jakby coś nagle mu się przypomniało i jakby się wahał, czy nie zawrócić. Wywabiona ruchem powietrza, mgnieniem światłocienia, zapachem o tylko jednym możliwym pochodzeniu, wylazła z pokoju. Ćma. Cała umazana farbami. Przesadnie, bo jedna z buteleczek się wywróciła i zalała pulpit. Przyjęła to albo z pokorą, albo z ignorancją kogoś, kto zajęty jest czymś innym. Teraz zdążyła zapomnieć też o malowaniu. Bo przyszedł.
- Nie martw się - mruknął. - Pokonam te stopnie, zdejmę buty, zajrzę do lodówki, zrobię sobie herbatę. Siądę, pogapię się w ryby. Jak mi się znudzi, położę się i posłucham muzyki. Jak zawsze.
- “Zawsze” to muszę cię zachęcać do tej odrobiny bezczelności, która pozwoli mi uwierzyć, że czujesz się jak u siebie - mruknęła. - Bo jakoś nie jesteś wyuczalny w tej materii. No i herbatę przynajmniej mogę ci jednak zrobić?
- Już się przestraszyłem, że powiesz, że zawsze po schodach za mnie też możesz wejść, buty ściągnąć...
Patrzyły na nią roześmiane oczy, trochę bezczelne, trochę po brzegi wypełnione życiem. Tak po prostu - życiem. Nie jakimś szczególnym, wyjątkowym, jakby pasowało. W końcu bycie aniołem może do czegoś jednak zobowiązuje. Nie. Zwykłym. Spokojnym. Takim tu i teraz, bez większej dbałości o jutro.
- Butów możesz nie ściągać - przypomniała. - W kuchni bałagan. Nie przestrasz się. I czuj się jak u siebie. Idę się trochę doprowadzić do porządku.
- O! Nigdy o tym nie zapominaj - roześmiał się. Popatrzyła pytająco. - O doprowadzaniu się do porządku - wyjaśnił zdejmując buty.
Jak nie chciał, nie słyszał co się do niego mówi.
- Dar, też bym się napiła! - zawołała z łazienki szorując dłonie zmywaczem do paznokci.
- Ćma, to sobie zrób! - odkrzyknął parodiując jej głos.
Roześmiała się. Bezczelny gamoń. Była ciekawa z czym przyszedł. Zawsze pojawiał się z czymś. Nie, to wcale nie musiał być interes, pilna sprawa do załatwienia, czy choćby dostarczenie czegoś. Właściwie tego typu preteksty w ogóle nie istniały w relacji z nim. I nigdy jakoś nie przyszło nikomu do głowy tworzyć pozorów w ten deseń. Ale on jak już przychodził, to jednak zawsze coś przynosił. Wnosił to sobą. I zawsze się na to czekało. Jakby w człowieku budziło się nagle ciekawskie dziecko, które chciałoby czym prędzej rozwiązać oczywistą dla dorosłego zagadkę.
Weszła do kuchni i demonstracyjnie pstryknęła włącznik czajnika. Udając, że nie widzi czekającej na nią szklanki. Sama, to sama. Zresztą można jej było nie zauważyć. Na stole piętrzyły się nierozpakowane graty i wszystko, co zostawiali tu z mężem od tygodnia, by czekało na chwilę, gdy znów będzie potrzebne. Szybko poodsuwała ów nadmiar i udając zdziwienie stojącą tam szklanką usiadła naprzeciw niego. On w fotelu, z papierosem w ręku. Z herbatą.
- W lodówce nic nie było? - zapytała przez zaciśnięte gardło.
Bo kiedyś już tak siedzieli. W innej rzeczywistości. W innym świecie i czasie. I to wróciło. Padały podobne żarty, pytania, podobny bałagan był podobnie usuwany. Zatęskniła za tym kiedyś.
- Jak cholera... - mruknął przypatrując jej się. - Jak cholera, Ćma...
Może też zatęsknił. Ale nie posmutniał od tego, jak ona. Rozumiał coś, czego ona pojąć nie mogła. Prawdopodobnie tak to działało, że oboje rozumieli coś, co pozostało na zawsze niepojęte dla drugiej strony. Zagapiła się w kawałek blatu stołu i sięgnęła po szklankę próbując zapanować nad tym, co się w niej odezwało. Już potrafiła, choć nadal wymagało to sporo wysiłku.
- Czasem myślę, że jesteś we wszystkim... Nawet jak cię nie ma.
Nie zareagował. Nie zmienił wyrazu twarzy. Jakby nie słyszał. Często tak robił. Patrzył i nie słyszał, albo raczej patrzył i mówił tym wzrokiem: “Przykro mi, ale tego nie słyszałem i nie zamierzam się do tego odnosić w związku z powyższym.” Nie raz uratował ją w ten sposób przed brnięciem w coś, co mogło narobić bałaganu w jej głowie.
- Kim ja właściwie dla ciebie jestem? - zapytał nagle.
Poderwała głowę. Mogłaby na to pytanie odpowiedzieć na tysiąc sposobów. Tysiąc, tylko ludzkich sposobów, które i tak nie wyraziłyby nawet połowy tego, co należałoby ująć w słowa.
- Kimś kogo śladem chciałam iść - powiedziała nagle.
Była zaskoczona tymi słowami. To tak jakby jej durny łeb wygenerował coś, co było nawet dla niej zaskakujące. Choć nie wiadomo dlaczego, bo przecież tak - najogólniej rzecz biorąc - to działało. Był jak kamień na rozdrożu. Pokazywał kierunek. Nie żaden wydumany, sztuczny, taki jaki należy pokazywać. Ten, który niósł w sobie. Naturalny sobie. Wpisany w siebie. A potem wcale go nie interesowało co się zrobi z tym, co odsłonił. To zależało już od kogoś, komu dane było na niego trafić. I nie należało się spodziewać za żadną z decyzji ani fanfar, ani nagany. Fenomenem dla niej było to, że właśnie tak najchętniej się otwierała, słuchała, rozważała. Uczyła. Bez restrykcyjnego przymusu. I jakiejkolwiek innej, niż on sam motywacji. Był kim był, więc pootwierał wiele bram, furtek, granic, tematów, rodzajów sztuki, poglądów. Ale nie uczyniłyby one w niej żadnych zmian, gdyby nie fakt, że coś w niej chciało jednak zajrzeć w to, co uchylał.
- Ja myślę, że po prostu w tobie - powiedział spokojnie - jest coś takiego, co reaguje na to, co ci pokazuję, co do ciebie mówię.
Uśmiechnęła się. Coś... Skrzydła! Może to. Były dziedziny, w których naprawdę można było uwierzyć w anielską część jego jestestwa. To sztuka, wrażliwość na pewne jej obszary. To sposób patrzenia na ludzi i jeszcze bardziej na zwierzęta. To zauważanie rzeczy, które dla niej bywały niewidoczne. Mniej więcej tym należałoby tłumaczyć pojęcie skrzydeł. I anielskości.
- Po prostu - przytaknęła spokojnie.
- I tego nie warto tracić - uznał.
Herbata miała cierpki smak. Jak to zielona. One tak mają.
- Będziesz leciał? - spytała cicho.
- Tak - uśmiechnął się. - Jak zawsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz